Archiwa tagu: 100 lat w kinie

Filmami naznaczeni

Paweł Łoziński - archiwum autora

Rozmowa z polskim dokumenatlistą Pawłem Łozińskim.
O jego filmie 100 lat w kinie, w którym widzowie opowiadają jak filmy zmieniły ich życie.
O tym, dlaczego nie lubi Lyncha i von Triera, a lubi braci Dardenne.
O wpuszczaniu filmów do internetu i wymieraniu gatunku jakim jest dokument.

KINOTERAPIA.PL: Brytyjski Instytut Filmowy na stulecie kina wymyślił serię dokumentów, które miały być zrealizowane w różnych krajach. Film o kinie polskim miał zrobić Krzysztof Kieślowski. Zrobiłeś go jednak ty. Jak to się stało?

PAWEŁ ŁOZIŃSKI: Kieślowski przyjął propozycję, napisał nawet zarys scenariusza. Miał niezwykły pomysł. Wymyślił żeby o polskich filmach mówili widzowie. Nie chciał akademickiej historii polskiego kina, tylko bardzo subiektywny wybór filmów, które na ludziach zrobiły wrażenie. Pomysł wziął się chyba ze stosunku jaki miał do swojej roboty. On nie robił filmów dla siebie, tylko dla widza. Ten widz go bardzo interesował.
Z różnych powodów, głównie finansowych, do realizacji filmu nie doszło. Kieślowski miał taką piękną zasadę, że nie chciał brać polskich pieniędzy na swoje filmy.
Robił już filmy zagranicą, nie chciał odbierać pieniędzy młodym reżyserom. Producent negocjował z Brytyjskim Instytutem Filmowym, żeby oni sfinansowali film. Brytyjczycy uważali, że powinni to zrobić Polacy. Wtedy Kieślowski się wycofał. Powiedział, że odda ten pomysł komuś młodemu. Wezwał mnie do Studia Filmowego TOR i zapytał, czy chcę zrobić ten dokument. Chciałem.

Dlaczego o filmach mieli opowiadać widzowie?
Bo rzadko daje im się głos. A oni są najważniejsi. Kiedy pokazujemy film „żywej widowni”, to wtedy jest szansa, żeby z widzami porozmawiać, zobaczyć czy to co w filmie wymyśliliśmy działa. Wiedzieliśmy, że do 100 lat w kinie nie chcemy wziąć ludzi z filmu, żadnych aktorów, reżyserów, ludzi z ekipy, bo oni będą opowiadać anegdoty, a to nas nie interesowało. Chodziło o to, żeby zwykli widzowie poprzypominali sobie filmy, które zrobiły na nich wrażenie. Nawet nie całe filmy, tylko czasem jedną scenę. Kieślowskiemu zależało na tym, żeby znaleźć ludzi, którym film zmienił życie. Sam opowiadał jak przychodzili do niego ludzie po Podwójnym życiu Weroniki, i mówili, że czują podobnie jak bohaterka. Albo, że po innym jego filmie ktoś zadzwonił do siostry, do której nie odzywał się 20 lat. Kieślowski sugerował, żeby szukać ludzi, których filmy w jakiś sposób naznaczyły.

Jak się szuka takich ludzi?
Szuka się przy pomocy wykwalifikowanego asystenta Krzysztofa Wierzbickiego zwanego „Dziobem”, który był wieloletnim asystentem Kieślowskiego.
Kieślowski mi go polecił. Pomysł był taki, żeby „nasi” widzowie byli w różnym wieku. Starszych ludzi szukał w domach spokojnej starości, młodych w szkołach. Najgorzej było z tymi średnimi. Szukał przez DKF-y, stowarzyszenia miłośników filmów, znajomych. Szukał, szukał, aż znalazł.
Problem polegał na tym, że chcieliśmy, żeby to była rzeczywiście subiektywna historia filmu, ale też chcieliśmy, żeby pewne tytuły jednak się pojawiły. Pomyśleliśmy, że przydałby się jakiś film Hasa, Zanussiego…

Dlaczego?
Bo robili świetne filmy i to jest ważny kawałek polskiego kina. No i był kłopot ze znalezieniem dobrego widza do Zanussiego czy Hasa. Więc z Hassa musieliśmy zrezygnować. Co nie znaczy, że on swoich widzów nie miał, tylko my nie potrafiliśmy do nich dotrzeć. Chcieliśmy, żeby był Munk – udało się znaleźć widza do Zezowatego szczęścia. Chcieliśmy znaleźć kogoś do Agnieszki Holland – jest Kobieta samotna.

Czyli był bardziej szczegółowy scenariusz.
Pomysł Kieślowskiego mieścił się na jednej kartce maszynopisu. Była tam zapisana pewna rzecz, której nie zrobiliśmy. Kieślowski miał pomysł, żeby zbudować fragmenty dekoracji, które odpowiadają poszczególnym scenom filmowym, o których widzowie opowiadają. Tak, by jakby weszli na chwilę do opowiadanego filmu. Żeby sfotografować, że na przykład przez uchylone drzwi podglądają jakąś scenę. Odpuściłem to, nie bardzo wiedziałem jak to zrobić. Potem okazało się, że ludzie tak plastycznie, tak sugestywnie opowiadają o filmach, że nie trzeba tych fabularnych scenek dokręcać. Do filmu nie weszła też długa i dość ładna sekwencja, którą akurat nakręciliśmy. Stary kinooperator zakłada na projektor taśmy z kolejnymi filmami i puszcza je sobie i nam. Zostało z tego tylko pierwsze, tytułowe ujęcie.

Twoi bohaterowie opowiadają nieskrępowanie o swoich niezapomnianych scenach. Jakby w ogóle nie było kamery. Jak pomagałeś im się otwierać?
Po prostu trzeba stworzyć miłą atmosferę. Pogadać z nimi najpierw o czymś innym, a nie od razu o filmach. Niektórzy wypili lampkę koniaku do tych opowieści. Kamera stała daleko, była nawet chyba czymś przysłonięta.
Potem w montażowni okazało się, że starsi ludzie byli po prostu lepsi, ciekawsi niż ci średni czy młodzi.

Jak myślisz, dlaczego?
Bo starsi sobie po prostu przypominali młodość. Pierwsza część filmu, o kinie przedwojennym jest bardzo wzruszająca, a następne już mniej. Może tak już jest, że jak się wspomina kawałek swojej młodość, to jest wzruszające, a jak coś, co widzieliśmy rok temu to już dużo mniej?

Gdzie nagrywaliście rozmowy?
Materiał kręciliśmy w mieszkaniu przy Grójeckiej na warszawskiej Ochocie. Niektórych ludzi zapraszaliśmy do tego mieszkania, do niektórych – nie przenaszalnych – jeździliśmy.
Wiedzieliśmy, że na ekranie muszą być twarze ludzi, czyli bardzo bliskie portrety, na neutralnym tle. Początkowo myślałem o sali kinowej, ale odpuściłem i dobrze, bo widziałem potem amerykański odcinek serii zrobiony przez Scorsese. Ubrany jak zwykle w garnitur, pod krawatem siedzi sobie na pustej sali kinowej, pewnie swojej własnej i opowiada.

A gdybyś Ty usiadł przed kamerą. O czym byś opowiedział?
Ja się wykręcę. Dlatego też nie pytaliśmy ludzi z branży.

Zboczenie zawodowe?
Nie mam po prostu takiego filmu polskiego. Albo nie potrafiłbym o nim opowiedzieć.

To niemożliwe, żeby nie było filmu, który by Cię naprawdę poruszył.
Jest parę takich filmów, które obejrzałem i pomyślałem, że ten świat jest jednak pięknym miejscem i że warto tu żyć. Po to zresztą moim zdaniem warto robić filmy. Żeby ludzie wychodząc z kina, wychodzili z myślą, że warto. Że w każdym człowieku można znaleźć coś dobrego.
Strasznie nie lubię filmów, które mnie zostawiają z takim rozbiciem, które próbują mną manipulować, pokazują mi świat w sposób, w jaki nie bardzo chcę go widzieć. Bo wtedy tracę nadzieję, że to wszystko ma sens. Tak czasem robi Lars von Trier. Jego filmy nie dają mi poczucia solidarności z ludźmi, oddalają mnie od nich.

A kto Ci daje to poczucie?
Bardzo na mnie działają bracia Dardenne. Robią coś niezwykle precyzyjnie wymyślonego. Wydaje mi się, że fenomen ich filmów polega na tym, że za każdym razem opowiadają ewangeliczne historie, ale robią to w sposób tak nie wprost, prawdziwie, jakby dokumentalnie. Bardzo mnie poruszają ich filmy. Są niezwykle oszczędnie zrobione, czyste, skromne i pięknie zagrane. Mają świetne scenariusze. Piszą je tak, że wydaje się, że scenariusza właściwie nie ma, nie widać żadnych „szwów”.

Jakieś konkretne sceny?
W filmie Rosetta młoda dziewczyna próbuje utrzymać się na powierzchni życia. Mieszka z mamą w przyczepie kempingowej. Dostaje pracę w przyczepie z frytkami i hamburgerami. Tam poznaje chłopaka, który się w niej zakochuje. Donosi na niego, żeby zająć jego miejsce. Chłopak nie może zrozumieć dlaczego to zrobiła. Idą na spacer nad staw. On wpada do stawu i zaczyna tonąć. Ona mu nie pomaga… Tę scenę mam przed oczami.
W innym filmie – Dziecko – główny bohater sprzedaje swoje dziecko za 4 tysiące euro i potem by je odzyskać musi spłacić dług. Ma pomagiera, z którym wyrywają starszym paniom torebki. I jest taka scena pościgu za nimi. Bohater się kryje, a jego 13-letni pomocnik musi wskoczyć do lodowatej wody. Pogoń ich mija na chwilę i bohater wyciąga skostniałego, niemego z zimna chłopaka z rzeki. Nie może chodzić, tamten musi go nieść, ciągnąć. Musi go zostawić i tego młodego łapie policja. A dla bohatera to moment przełomu. Zrozumiał, że go na naraził i zgłasza się na policję, żeby wziąć na siebie winę. To bardzo dla mnie mocna i wzruszająca scena. Ten sposób opowiadania po prostu na mnie działa.
Nie czuje filmów Lyncha na przykład. Na jego filmach od razu tracę wrażliwość.

I co się dzieje?
Kiedy wychodzę z kina i chce mi się rozmawiać z ludźmi, a świat jest piękny, to znaczy, że zobaczyłem dobry film. Kiedy jestem przygnębiony i smętny to żałuje, że taki film oglądałem. I wcale nie musi być tak, że jeśli film stawia ważne pytania, to potem kołacze ci się coś w środku i nie śpisz dwie noce.

W Polsce widz ma rzadką możliwość obejrzenia dokumentu. Jak możesz wiedzieć co ludzie sądzą o twoich filmach, kiedy oni nie mogą ich obejrzeć?
To smutna rzecz. Ostatnio zrobiłem dokument Chemia o ludziach chorych na raka. Zbiorowy portret, kilkunastu bohaterów. Film, nad którym pracowaliśmy dwa lata telewizja publiczna, która była jego producentem, pokazała wpół do pierwszej w nocy! To nie jest pora do oglądania czegokolwiek. To frustrujące.
Szkoda mi też 100 lat w kinie. Kosztował dużo pieniędzy, wysiłku i zanikł. Wydawało się, że 100-lecie kina polskiego to fantastyczny moment, żeby go pokazać. Aż mi było głupio, bo chodziłem, pisałem i przypominałem o tym filmie. Okazało się, że telewizja nie chce go pokazać. Mnie to już nawet nie dziwi. Dziś wśród decydentów TVP nie ma szacunku do dokumentu jako formy, nikt go nie chce.
Nie wiem czy dokument finalnie nie wymrze. Szkoda, bo to bardzo piękny gatunek filmowy, który w skondensowanej formie potrafi opowiedzieć coś bardzo ważnego o świecie. Reportaż tego nie potrafi, bo jest płytszy z natury. Serial nie potrafi tym bardziej. A tego jest w TVP teraz najwięcej.

Czyli robienie dokumentów to jak pisanie do szuflady?
Aż tak źle nie jest. Jak się zrobi niezły film, to ma on jakieś dwuletnie festiwalowe życie przed sobą. Ja bardzo lubię takie pokazy. To jedyna szansa dowiedzieć czy się zrobiło coś dobrego czy nie. Taka możliwość sprawdzenia jest bardzo ważna. Dlaczego w Warszawie nie ma kina filmów dokumentalnych?

Może udostępniać wypożyczanie filmów dokumentalnych przez internet?
Może nawet wpuścić za darmo. Ja się nawet zastanawiałem czy nie wpuścić swoich filmów do internetu. Przynajmniej ktoś by je zobaczył.

Rozmawiała Monika Zakrzewska – Blauth

Paweł Łoziński – reżyser i scenarzysta filmów dokumentalnych i fabularnych, producent filmów dokumentalnych. Nakręcił m.in. dokumenty Miejsce urodzenia, 100 lat w kinie, Siostry, Taka historia, Mój spis z natury we wsi Leźno Małe (w serii Nasz spis powszechny), Pani z Ukrainy, Chemia.
Współpracował z ojcem Marcelem Łozińskim przy
89 mm od Europy, Wszystko może się przytrafić, A gdyby tak się stało. Jego film fabularny Kratka otrzymał nagrodę za debiut na festiwalu w Gdyni.

Więcej»

100 lat w kinie

We czwartek 14 maja 2009 o 17.33 na Chłodnej 25 wspólnie oglądaliśmy telewizję.

Obejrzeliśmy dokument Pawła Łozińskiego 100 LAT W KINIE emitowany przez TVP Kultura. Cudowny film o sile kina. O kino-terapii. Widzowie w różnym wieku opowiadają jak konkretne filmy, sceny zmieniły ich życie, jak ich naznaczyły, jak dzięki nim zaczęli inaczej patrzeć na świat. A potem porozmawiamy o tym, czy kino jest dla nas ważne i dlaczego TAK.

Razem z nami ogląda Paweł Łoziński!!!

Więcej»