„Musimy porozmawiać o Kevinie” jest niezwykle sugestywnie opowiedzianą historią dramatu miłości i nienawiści będących dwiema stronami szczególnie bliskich relacji. Recenzja Justyny Mancewicz.
„Musimy porozmawiać o Kevinie” uwiera jak drzazga. Skutecznie przypomina, że pewne role życiowe nie wynikają jednoznacznie z biologii.
Eva jest kobietą głodną wrażeń, indywidualistką, czerpiącą z życia pełnymi garściami. Swój świat buduje wokół pasji, jaką jest poznawanie świata. Pragnąc podzielić się bogactwem doświadczeń pisze książki. Nie jest samotną wyspą, życie dzieli z mężem, który nie przejawia może tak wysublimowanych zainteresowań, ale też nie przeszkadza jej w prowadzeniu odmiennego stylu bycia. Partnerski układ pełen miłości. Z miłości rodzi się dziecko. Spontanicznie podjęta decyzja przynosi owoc, którego Eva tak naprawdę nie pragnie, nie czuje się gotowa. Nie ma jednak odwagi, by je jawnie odrzucić. Podejmuje wyzwanie i odtąd bycie matką jest dla niej nieustającą walką.
Traktuje swoją rolę zadaniowo, zaciska zęby i rezygnuje z kolejnych przyczółków niezależności. Wie, że powinna kochać to dziecko. Niezwykle celne i zarazem bolesne jest stwierdzenie, że przyzwyczaiła się do syna. Próbując sprostać sytuacji oczekuje również, że mały Kevin spełni jej oczekiwania o miłym, mądrym dziecku. Jednak Kevin czyni zupełnie odwrotnie. Szczerze mówiąc on nie daje się kochać. Nie chce mówić, nie spełnia poleceń, nosi pieluchę mimo wieku. To, co udręcza Evę w codziennym zmaganiu się z obowiązkami wobec niego jest jego bronią. Dziecko wymierza matce swoistą karę za jej emocjonalny chłód. Chce sprowokować ją do ukazania prawdziwych uczuć, a więc gniewu, wstrętu, czy wręcz nienawiści nawet za cenę autodestrukcji. Emocje te znajdują wyraz, gdy Eva w chwili wyjątkowego wzburzenia łamie dziecku rękę. Po latach syn powie jej, że jedynie w tamtej chwili była prawdziwa. Eva udaje miłość, ale nie jest potworem. Czuje, że ponosi porażkę. Targa nią od tej pory poczucie winy, które jest wprawnie wykorzystywane przez syna. Ma nad nią władzę. Dopiero narodziny siostry detronizują go i każą szukać innych sposobów na zyskanie wpływu na matkę, która w końcu odkrywa macierzyństwo w relacji z córką.
Analizując zachowanie dziecka w myśl teorii relacji z obiektem można powiedzieć, że matka w wewnętrznym świecie Kevina jest niezmiennie zła. Jej obraz jest rozszczepiony i nigdy nie połączy się w całość. Zły obraz matki, który Kevin nosi w sobie jest „wyrzucany” na zewnątrz w formie agresji. Agresja pozwala mu kontrolować otoczenie, a jeśli nie może się nią posłużyć obłaskawia przeciwnika, jak to czyni z ojcem. Stąd wrażenie zimnego, wręcz psychopatycznego wyrachowania chłopca. Wydaje się, że każdy w tej relacji jest ofiarą. Kevin braku bezwarunkowej miłości, Eva oczekiwań „ja” powinnościowego.
Eva z przerażeniem obserwuje zachowanie syna i zapewne zadaje sobie pytanie, czy cała odpowiedzialność spoczywa na niej. Czy można winić jej męża, którego obecność jest tak naprawdę symboliczna, a wsparcie dla żony niewystarczające? Może zbyt tradycyjnie postrzegał rozdział obowiązków rodzicielskich zostawiając jej opiekę nad dzieckiem, podczas gdy sam był aktywny zawodowo. Brak pomocy i zrozumienia zrodził dramat, ale też Eva będąc człowiekiem czynu starała się samodzielnie sprostać wyzwaniu. Ostateczny akt agresji Kevina zamyka pewien rozdział w jej życiu. Zgoda na społeczny ostracyzm jest aktem najwyższego poświęcenia. Zgadza się niejako nosić piętno winy syna. Nadstawia za niego policzek. Może z własnego poczucia odpowiedzialności, a może z matczynej miłości, którą w sobie ostatecznie odnajduje. Symboliczne w wymowie przygotowanie pokoju oznacza, iż w końcu zaprasza go do swego serca takim jaki jest. Ulgę w całej udręce stanowi fakt, że nie musi się już starać.
Ostatnia scena przywraca naturalny porządek. To matka jest silna i gotowa dać siłę swemu dziecku, które w końcu pozwala sobie samemu poczuć własną bezbronność. A film, mimo trudnego odbioru pozostawia nadzieję tym, którzy zgrzeszyli, bo za mało kochali.
