W Poznaniu zakończyła się właśnie czwarta edycja Międzynarodowego Festiwalu Twórczości Kobiet: No Women No Art poświęconego w całości sztuce kobiet. Festiwal ma charakter przeglądu najciekawszych wydarzeń ze świata filmu, muzyki, literatury, czy sztuk audiowizualnych, których twórczyniami są kobiety. Tegoroczna edycja odbywała się pod hasłem: Ulice są nasze! i pomimo listopadowej pogody była naprawdę gorąca. O festiwalu, sztuce i kobietach z dyrektorką festiwalu Joanną Stankiewicz rozmawiała Anna Dranikowska.
Za nami czwarta edycja festiwalu No Women No Art i czas podsumowań: Co było największym sukcesem, co największą porażką?
Joanna Stankiewicz: Niewątpliwym sukcesem jest to, że udało nam się dotrzeć do mieszkańców miasta. Tegoroczny festiwal wyszedł na ulicę budząc żywe reakcje – tak pozytywne, jak i negatywne. (Te negatywne to przede wszystkim spalenie instalacji Agaty Oleksiak (Olek) – włóczkowego ubrania Starego Marycha – przyp. Red.) W tym akcie wandalizmu można znaleźć jednak pozytywne aspekty: ludzie zaczęli wreszcie rozmawiać o tym, czym jest przestrzeń publiczna i do kogo należy.
Porażki? Festiwal traktuję jak dziecko, nie widzę w nim żadnych wad (śmiech).
Hasło przewodnie tegorocznego festiwalu brzmiało: Ulice są nasze! Co się za nim kryje?
J.S: Ulice są nasze! to duża wystawa w przestrzeni publicznej. Oprócz rozmaitych wydarzeń artystycznych postanowiłyśmy zorganizować serię akcji o charakterze społecznym. Jedną z nich była Krytyczna Masa Wózkowa. Można się było również wybrać na wycieczkę szlakiem pisarek wielkopolskich, a w tramwajach od początku października obejrzeć poświęconą im wystawę. Chciałyśmy też posadzić drzewa w hołdzie wielkopolskim artystkom. Niestety tego projektu nie udało się zrealizować.
A głośna Krytyczna Masa Wózkowa. O co chodziło w tej akcji?
J.S: Krytyczna Masa Wózkowa miała zwrócić uwagę na wszystkie problemy, które napotykają na swojej drodze rodzice z dziećmi i osoby niepełnosprawne. Wybrałyśmy Rondo Kaponiera, bo na nie najczęściej wskazywali nasi rozmówcy przed rozpoczęciem festiwalu. Jest to symbol wykluczenia: komunikacyjne centrum miasta, które dla pewnej grupy osób jest niedostępne. Chciałyśmy zasygnalizować istnienie tego problemu. Mamy nadzieję, że będzie to dla mieszkańców i dla władz miasta punkt wyjścia do kolejnej dyskusji.
Przejdźmy teraz do genezy samego festiwalu. Nie ma sztuki bez kobiet. Skąd ten pomysł? I skąd przekonanie, że właśnie sztuka kobiet wymaga specjalnej uwagi?
J.S: Jak powstał festiwal? Prawda jest taka, że spotkało się kilka kobiet, które postanowiły coś zrobić. Najpierw poznałyśmy się z Małgorzatą Kuzdrą, kierowniczką kina Muza. Gosia zaczynała pracę w Muzie, która w tym czasie należała Gutka. Miała ogromną energię i niesamowitą chęć zmiany. Ja założyłam Babiląd i też jeszcze miałam energię (śmiech). Początkowo myślałyśmy o festiwalu filmów tworzonych przez kobiety. Wystartowała Babska Muza, czyli cykl filmów o kobietach i/lub tworzonych przez kobiety, ale my chciałyśmy czegoś więcej.. Tak się złożyło , że w tym czasie w Poznaniu zawiązywało się bardzo wiele inicjatyw kulturalnych. W ten sposób poznałyśmy masę ludzi z różnych organizacji. Każda z nich zajmowała się czymś innym. Postanowiłyśmy połączyć wszystkie te działania w jedno i zrobić festiwal poświęcony sztuce kobiet. Pierwsza edycja była spontaniczną akcją…, ale została bardzo dobrze przyjęta. Jak na festiwal, który powstawał przez trzy miesiące przy mikro budżecie, to naprawdę był spory sukces. Dlatego postanowiłyśmy go kontynuować.
Czy można odczytywać No Women No Art jako swoistą opozycję wobec tego, co rozumiemy pod pojęciem kina i sztuki kobiecej?
J.S: Zależy jak definiujemy kino i sztukę kobiecą. Na pewno chciałyśmy się zdystansować wobec tego, co oferuje się nam pod płaszczykiem kobiecej literatury czy kobiecego kina. Mam na myśli romanse i komedie romantyczne, których często nawet kobiety nie tworzą. W naszych działaniach chodzi nam przede wszystkim o to, by walczyć ze stereotypem, że sztuka tworzona przez kobiety jest banalna, nieciekawa i przeznaczona w sumie tylko dla kobiet. Postanowiłyśmy promować i pokazywać artystki, których prace docierają do wszystkich, bez względu na płeć.
Zastanawiałam się, jak opisać festiwal jednym słowem i uznałam, że najlepiej pasuje: różnorodność. W czasach dużej specjalizacji festiwali to bardzo oryginalne podejście. Skąd ta decyzja?
J.S: Uznałyśmy, że nie ma potrzeby skupiać się na jednej dziedzinie sztuki. Bo problem, o którym chcemy mówić istnieje przecież w każdej z nich. Inna sprawa, że zazwyczaj jest tak, że jedna dziedzina dominuje – tym razem były to sztuki audiowizualne, ale na przykład w pierwszej edycji najważniejsze było kino. W tym roku postanowiłyśmy też, że powstanie blok sztuki dla dzieci: No Women No Art Dzieciom. To między innymi wystawa ilustratorki Katarzyny Boguckiej, którą można oglądać do końca grudnia w Galerii No Women No Art. Punktem wyjścia były dwie idee: z jednej strony pragnienie zaszczepienie najmłodszym zainteresowania sztuką, a z drugiej strony danie rodzicom możliwości uczestniczenia w ofercie kulturalnej. Chcemy dać jasny sygnał, że rodzice z dziećmi są mile widzianymi gośćmi na naszym festiwalu.
Ta różnorodność, o której mówiłyśmy to nie tylko łączenie różnych dziedzin sztuki, ale też łączenie ze sobą historii i nowoczesności, jak na przykład pokaz filmu z Polą Negri do muzyki zespołu punkowego na żywo.
J.S: Tak, festiwal ma tak jakby dwa nurty. Z jednej strony ważne jest odzyskanie pamięci o artystkach, które działały kiedyś, a zostały zapomniane albo w ogóle nigdy nie zostały odkryte. Takie szperanie w przeszłości, pokazanie widzom, że sztuka tworzona przez kobiety ma swoją historię, a w zasadzie herstorię, że nie jest tak, że kobiety zaczęły tworzyć dopiero niedawno, że mimo tego, iż kiedyś często nie mogły studiować to mimo wszystko zajmowały się sztuką i tworzyły wspaniałe dzieła. Z drugiej strony chcemy promować kobiety, które zaczynają albo działają, ale nie są jeszcze rozpoznawalne. Ważne, żeby zostały zauważone i zapamiętane.
Muszę jeszcze zapytać o ten dział filmowy: w ubiegłym roku Sally Porter, Shirin Neshat, dwa lata temu Pola Negri, teraz Kira Muratova. Czy jest jakiś klucz, czy to jest wybór spontaniczny?
J.S: Kira Muratova to uznana rosyjska artystka, ale mało w Polsce znana. W zeszłym roku miałyśmy w kinie duże wydarzenia związane z kinem współczesnym –Sally Porter bardzo rzadko pokazywaną w Polsce, premierę filmu Shirin Neshat Kobiety bez mężczyzn oraz premierę filmu Pepperminta, który też nie wszedł w kraju do dystrybucji. To były takie trzy mocne wydarzenia. W tym roku stwierdziłyśmy, że warto pokazać coś z historii kina.
Festiwal jest o kobietach i dla kobiet. A jaka jest jego recepcja wśród mężczyzn?
J.S: Festiwal pokazuje twórczość kobiet, ale nie zgodzę się z tym, że jest on festiwalem o kobietach i dla kobiet. Nasza idea jest taka, że pokazujemy artystki szerokiemu gronu odbiorców: mężczyzn, kobiet i dzieci.
No women no art to nie tylko festiwal, ale też stowarzyszenie działające przez cały rok. Co robicie poza tym najgorętszym okresem listopadowym?.
J.S: Festiwal jest najważniejszy. Przygotowania do niego zajmują nam cały rok. Dlatego ważne jest, żeby zakończyć prace nad czwartą edycją i zacząć myśleć nad programem następnego. Poza tym obejmujemy patronatem, czy też matronatem różnego rodzaju wydarzenia artystyczne związane ze sztuką kobiet. Od zeszłego roku działa stała galeria No Women No Art, w której przez cały rok można oglądać prace współpracujących z nami artystek. Ostatnio były to między innymi komiksy Agnieszki Szczepanik, plakaty Bogny Otto Węgrzyn, teraz ilustracje Katarzyny Boguckiej. Myślałyśmy żeby zrobić dodatkową imprezę o podobnym profilu w maju, ale na razie koncentrujemy się na tym jednym festiwalu jesienią.
W takim razie rozumiem, że mamy śledzić stronę internetową i kanał na Facebooku. I tak zrobimy. Dziękuję bardzo za wywiad.
