O najnowszym filmie Davida Cronenberga Niebezpieczna metoda rozmawiamy z filmoznawcą i krytykiem filmowym, Jakubem Majmurkiem
Łukasz Atowski: W piątek (04.10) do polskich kin weszła Niebezpieczna metoda Cronenberga, na ile Twoim zdaniem, jest to inna jakość w stosunku do innych dzieł tego reżysera? Skąd w ogóle tytuł A dangerous method?
Jakub Majmurek: Na pierwszy rzut oka film bez wątpienia odróżnia się od pozostałych dzieł Cronenberga. Wydaje się być bardzo zapiętym pod szyję, klasycznym dramatem kostiumowym. Jednak im więcej czasu mija od mojego pierwszego spotkania z filmem, tym bardziej dostrzegam jak ta pozornie klasyczna forma jest przewrotna i zwodnicza i jak bardzo film ten wpisuje się w poprzednie dzieła autora Videodromu. Podstawowym tropem jego twórczości jest coś, co nazwałbym medycznym, fizjologicznym niepokojem, w prawie każdym z dzieł tego autora mamy obrazy ciał zmagających się z infekcją, obcym wirusem, broniących się przed rozpadem. Tu tym wirusem jest z jednej strony histeria kobieca, z drugiej seksualność. Seksualność zawsze była bardzo ambiwalentnie ukazywana w kinie Cronenberga, debiutanckie Dreszcze – horror o tajemniczym wirusie, który infekuje mieszkańców nowoczesnego wieżowca w Toronto, sprawiając, że ci pozbywają się wszelkich zahamowań w dziedzinie seksu i przemocy – odczytywano powszechnie jako krytyczny komentarz do rewolucji obyczajowej lat 60. Tytuł Niebezpieczna metoda odnosi się do tego niebezpiecznego dla społeczeństwa potencjału analizy. Freud płynąc z Jungiem do Nowego Jorku mówi przecież w filmie „wieziemy im tu zarazę”.
ŁA: „Relacyjny trójkąt” pomiedzy Spielrein, Freudem i Jungiem może zostać rozpisany w pojęciowości psychoanalitycznej. Możemy zobaczyć losy libido, które „krąży” wokół głównych bohaterów. Najpierw bliska relacja Spielrein z Jung i jej zerwanie, powrót i znowu zerwanie, przyjaźń Jung z Freudem i jej definitywne zakończenie, a na koniec Freuda father figure z Spielrein i jego sugestia, że Żydzi powinni trzymać się razem. Jaką psychoanalizę Cronenberg prezentuje w tym filmie?
JM: Dodałbym jeszcze, że konflikt między Jungiem, a Freudem przybiera tu wymiary klasycznego agonu między młodym, mocnym poetą, a jego mistrzem – rozgrywa się pozornie dokładnie według schematów, jaki w Lęku przed wpływem, idiosynkratycznie odczytując psychoanalityczny idiom, przedstawia Harold Bloom. Z tym, że schemat ten zostaje tu o tyle zaburzony, że rację ma tu Freud. Cronenberg przedstawia tu psychoanalizę in statu nascendi, ciągle niepewną własnego słownika, pojęć, metod, wyłaniającą się z pola XIX wiecznej, naukowej psychiatrii.
ŁA: Czego może dowiedzieć się widz, który słyszał o Freudzie ale o Jungu już nie koniecznie z tego obrazu?
JM: Nie wiele o samych koncepcjach Junga, w ogóle fabularny dramat wydaje mi się średnio poręczną konwencją dla przedstawiania wykładu na temat analitycznej pojęciowości, tu bardziej odpowiednią formą byłby raczej esej filmowy. Widz dowie się o konflikcie Junga z Freudem, ale nic w zasadzie poza tym, że ten pierwszy chce „unaukowienia” psychoanalizy, a ten drugi zwraca się ku temu co irracjonalne, magii etc. Ale na czym rzeczywiście, w warstwie pojęciowej ten konflikt miałby polegać, jaką własną propozycję formułuje tak naprawdę Jung raczej nie dowiemy się z tego filmu.
ŁA: Wiadomo, że Freud i Jung to dwa różne pomysły na psychoanalizę i konflikt presupozycji. Po której stronie tego konfliktu staje Cronenberg Twoim zdaniem?
JM: Raczej, o ile w ogóle można powiedzieć, po stronie Freuda. Całe kino Cronenberga – lekarza z wykształcenia – jest bardzo materialistyczne, cielesne, to co „duchowe” jest w nim efektem produkowanym przez ciało – gorączkujące, pogrążone w halucynacji pod wpływem narkotyku, opętane przez niszczące je pragnienia. Poza tym Jung wychodzi tu na nadętą, w gruncie rzeczy bardzo konformistyczną postać: „niebezpieczna metoda” w jego wykonaniu koniec końców produkuje stary, dobry mieszczański trójkąt.
ŁA: Czy pojęciowość psychoanalityczna jest wdzięcznym narzędziem do pracy z filmem i interpretowania działa filmowego?
JM: Kino jest mniej więcej rówieśnikiem psychoanalizy, publikację Objaśniania marzeń sennych dzieli od pierwszego pokazu kinematografu braci Lumière zaledwie pięć lat. Jednak dopiero w okresie powojennym osoby piszące o filmie zainteresowały się psychoanalizą, zarówno jako narzędziem pozwalającym interpretować poszczególne teksty filmowe (tu używano psychoanalizy ze wszystkich szkół: freudowskiej, jungowskiej, kleinowskiej), jak i językiem, w którym można sformułować ogólną teorię filmu, jako specyficznego medium, języka, urządzenia konstytuowania podmiotowości widza (tu przede wszystkim teoretycy opierali się na teorii lacanowskiej). Moim zdaniem psychoanaliza może być bardzo użytecznym narzędziem interpretowania dzieła filmowego, pod warunkiem, że traktujemy ją właśnie jako narzędzie, interpretacyjne, klucz hermeneutyczny, jeśli czytamy nią tekst, a nie robimy domorosłą analizę występujących w filmie postaci. Wzoru dostarcza tu sam Freud, który jest wielkim czytelnikiem tekstów – zarówno tekstów literatury (np. świetna interpretacja Piaskuna E. T. A. Hoffmana w eseju Niesamowite), jak snów – zarówno swoich własnych, jak i analizowanych przez niego pacjentów. To porównanie psychoanalitycznej lektury filmu z lekturą snu może być o tyle uzasadnione, że filmem rządzą podobne mechanizmy, które Freud opisał w pracy marzenia sennego: mechanizmy, zagęszczenia, przesunięcia, przemieszczenia i naddeterminacji treści.
ŁA: Czy istnieją w ogóle filmy o potencjale terapeutycznym?
JM: Nie jestem klinicystą, psychoanalizą zajmuje się jako filozof i badacz kultury (przede wszystkim filmu), sądzę więc, że nie wiem, czy potrafię ściśle odpowiedzieć, czy w sensie klinicznym film może mieć terapeutyczne właściwości. Na pewno może nieść jednostce znaczenie terapeutyczne w potocznym sensie tego słowa, oczyszczenia, katharsis.
ŁA: Teoria Junga, jak pokazuje Cronenberg, jest mistyczna i w dużym stopniu ewoulowała w toku spotykania przez Junga różnych postaci. Czym jest jungowska teoria? Jakie są jej podstawowe pojęcia? Jak mogą zostać zaaplikowane do interpretowania dzieła filmowego? Czym mogłaby być jungowska teoria kina?
JM: Teoria jungowska modyfikuje teorię Freuda wprowadzając takie pojęcia jak nieświadomość zbiorowa, czy archetyp. U Freuda nieświadome jest indywidualne, kształtuje się przede wszystkim w ramach rodzinnej historii każdego podmiotu. Dla Junga nieświadomość ma zbiorowy wymiar i to w podwójnym sensie – instynktów, stanowiących biologiczną podstawę ludzkiej natury i archetypów, czyli pewnych strukturalnych, wspólnych wszystkich ludziom modeli myślenia, przeżywania, doświadczenia. Jung wprowadza także odmienną od freudowskiej koncepcję osobowości, w miejsce dwóch topik Freuda (ja, nad-ja, to; świadomie, przedświadome, nieświadome) proponując własną wizję osobowości złożonej z pięciu części: ja (adaptującego osobowość do świata zewnętrznego), persony (maski społecznej, instancji adaptującej do życia społecznego), duszy (wyższej instancji duchowej rozszczepionej na żeński – anima – i męski – animus pierwiastek),nieświadomości zbiorowej i indywidualnej. W nieświadomości zbiorowej tkwią archetypy kierujące procesem indywiduacji – najważniejszym z nich jest archetyp jaźni, zetknięcie z którym (będące tożsame z doświadczeniem absolutu) jest końcem i przyczyną celową procesu indywiduacji.
Choć wśród filmoznawców Jung nigdy nie był tak popularny jak Freud, czy Lacan, to istnieją zarówno próby sformułowania jungowskiej teorii filmu, jak i (znacznie częstsze) próby analizy tekstów filmowych dokonywane przy pomocy pojęć jungowskich. Próby tej pierwszej w najbardziej usystematyzowanej formie można znaleźć u Dona Frederiksena, który tworząc swoją teorię semiotyki filmy wychodzi np. od jungowskiego rozróżnienia na znak i symbol. Te drugie na ogół czytają film odszyfrowując zawarte w nim archetypy, analizując drogę indywiduacji bohatera itd. Takich analiz całkiem sporo pojawiało się w polskiej krytyce pod koniec lat 90., na początku 2000 – panowała wtedy swoista moda na jungowskie lektury filmów, pamiętam, że zwłaszcza Matrix był męczony w ten sposób. Ja sam zawsze bardzo sceptycznie odnosiłem się do tych metod lektury, po pierwsze dlatego, że nie przekonuje mnie jungowska pojęciowość, po drugie dlatego, że zmienia ona proces lektury filmu w wyliczankę wypatrzonych w nim przez krytyka/filmoznawcę archetypów. Taka lektura tak naprawdę w ogóle nie potrzebuje filmu, a już na pewno zupełnie przegapia w nim wszystko to, co specyficznie filmowe – w przeciwieństwie do lektury opartej np. o pojęciowość lacanowską, która wychodzi od filmowej formy, czy analizy dyspozytywu kinowej projekcji.
ŁA: Na koniec chciałbym Cię zapytać o Twoje wrażenia z filmu? Jakub, podobał Ci się?
JM: Sam nie wiem. Po seansie bardzo nie, wyszedłem zupełnie rozczarowany, miałem wrażenie, że obejrzałem coś w rodzaju Mowy króla, gdzie zamiast Windsorów mamy klasyków psychoanalizy. Ale z niektórymi filmami jest tak (by przywołać słowa, które Proust pisał o niektórych zdarzeniach z naszego życia), że proces ich odbioru można porównać do powstawania analogowej fotografii: oglądając je tylko naświetlamy „błonę światłoczułą” naszej świadomości, a dopiero, z czasem, w laboratorium pamięci, ten film „wywołuje się” i uzyskujemy jego właściwy obraz. Ja mam wrażenie, że im więcej czasu mija od pierwszego kontaktu z tym filmu, tym intensywniej pracują odczynniki mojego „laboratorium pamięci” – ale właściwy obraz ciągle się w nim nie ustalił
Rozmawiał Łukasz Atowski
Jakub Majmurek (1982) – członek redakcji Krytyki Politycznej, doktorant w SNS PAN, filozof, filmoznawca, krytyk filmowy.




„Najpierw bliska relacja Spielrein z Jung i jej zerwanie, powrót i znowu zerwanie, przyjaźń Jung z Freudem i jej definitywne zakończenie” – Jung też była kobietą?